Szeleszczący Wrzeszcz

Jakiś czas temu, w przygnębiająco szarym Wrzeszczu, powstała kolorowa wyspa.

nasza-klasa.pl: Doda serwisów społecznościowych?

Wszyscy jak jeden mąż (żona lub białogłowa) piszą o naszej-klasie.pl. To oznacza sukces, oczywiście w kategoriach sukcesu tabloidalno-medialnego. Żaden inny, bez wątpienia, serwis społecznościowy w Polsce, a jest ich wiele, nie osiągnął i nie osiągnie takiego poziomu zainteresowania przeciętnego Polaka. Nie dlatego, że ten serwis jest szczególnie dobry/ciekawy/wartościowy/oryginalny itd. (podkreślić odpowiednie)
Można by zaryzykować tezę, że jest sławny dlatego, że jest znany. Albo odwrotnie. Niestety, teza nie jest mojego autorstwa. Ale wszyscy o nim mówią i jest w pewnym sensie nagradzany.

To, wypisz wymaluj, jak z zespołem pieśniarskim “Ich Troje”. Albo lepiej, jak z Dodą. Inni lepiej śpiewają, ale to Doda zbiera nagrody na różnych konkursach. I znów ubolewam nad tym, że to nie moja teza, tylko niejakiego Przemka Salety (niech szybko wraca do zdrowia).

Więc jeśli ta popularność to moda, to wkrótce przeminie, jak tylko wszyscy się tam zarejestrują, a na końcu GIODO z hukiem zamknie cały ten kram. Obym się mylił.

nasza-klasa.pl: Fenomen czy moda?

Zastanawiało mnie, dlaczego nasza-klasa.pl, choć nie jest oryginalnym pomysłem, a tylko kopią amerykańskiego serwisu classmates.com, odniosła taki sukces, a jednocześnie została jego ofiarą. Okazuje się, że przyczyny są dość proste:

  • jesteśmy sentymentalni — dlatego z taką lubością grzebiemy się w historii własnej młodości;
  • jesteśmy niewybredni — zadowalamy się byle czym, bo kto rozsądny chciałby korzystać z usług, na które nie może się doczekać, a jednocześnie twierdzić, że to jedna z fajniejszych rzeczy, jaka nas spotkała w życiu;
  • dowiadujemy się o trendach w internecie ze źródeł innych niż internet — eksplozja popularności serwisu nasza-klasa.pl miała miejsce dopiero wtedy, kiedy zaczęto o nim mówić w “tradycyjnych” mediach;
  • mamy potrzebę publicznego manifestowania swoich “uczuć” — niestety, jak pokazują wydarzenia z kilku ostatnich lat, nasze publiczne zachowania i deklaracje są, niestety, emocjonalne, krótkotrwałe i niekonsekwentne.

Żeby nie było wątpliwości, życzę twórcom tego serwisu samych sukcesów.

Żeby zostali milionerami i dali pracę wielu innym, którzy jej potrzebują. Niech zarabiają miliony i wydają je w Polsce, niech pomagają potrzebującym.

Niech w końcu doprowadzą swój serwis do stanu używalności, zamiast mówić o zamiarach. To, że teraz chodzi znośnie nie znaczy, że już osiągnięto stan nirvany.

Niech usprawnią serwis tak, żeby dawał prawdziwą funkcjonalność, która pomoże zebranej społeczności w realizacji celów, zamiast być tylko kolekcją dusz i wystawą lepszej lub zwykle gorszej jakości zdjęć.

Czego wam i sobie życzę.

PiS — kolejna odsłona

Wcześniejsza próba rozszyfrowania skrótu nazwy tej partii (PiS) była skuteczna i poprawna, kiedy tę próbę podejmowałem. Dziś sytuacja jest taka, że z “Potworów i Spółki” odeszła Spółka. Co prawda, do tekstów nie stosuje się wprost zasad arytmetyki, ale gdyby jednak je zastosować, to zostają Potwory. No, może co najwyżej “Potwory i”. I co? Oto jest pytanie.

Nawiązując do skojarzenia “Folwarku” Orwella z sytuacją w PiS-ie, okazuje się, że jednak PiS-iory się zmówiły i realizują scenariusz według Orwella :)

Folwark Zwierzęcy G. Orwella a sytuacja w PiS

Czy tego sam najjaśniejszy pan prezes chce czy nie, w PiS-ie jest, wypisz-wymaluj, jak w Folwarku Zwierzęcym G. Orwella. Jakby się wszyscy zmówili, żeby iść według scenariusza genialnego pisarza rodem z Bengalu, choć kształconego w Eton. Ciekawe, czy im wystarczy samozaparcia, żeby odegrać sztukę do końca? Wiele bym dał, żeby zobaczyć ten finał…

Indian Summer

AN empty bench

Przełożony — słowo magiczne

Totalna niemożność kontra magiczne słowo “przełożony”

Teza:

Słowo przełożony jest magiczne i powoduje radykalną zmianę właściwości obiektu, do którego zostało zastosowane.

Dowód (przydługi i może niezupełnie wprost):

Byłem dziś w banku po odbiór kwitka, który nie dość, że miał objętość aż ok. 3/4 strony A4, z czego połowa to puste miejsce i nagłówki, to jeszcze musiałem zapłacić za niego 50 zł. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, bo banki każą sobie płacić za wszystko, nawet za rzeczy, które powinny być ich obowiązkiem.

Miała na mnie czekać paniusia bankowa, która przed moim przyjściem zniknęła i nikt nie wiedział, gdzie się podziewa. Po 10-15 minutach poszukiwań, w końcu się znalazła. I zdziwionym tonem oznajmiła mi, że powinienem był wcześniej zapłacić za ten kwit.

Wcześniej mi pani o tym nie mówiła. Gdzie i komu? — pytam.

Jak to, gdzie? W kasie. — paniusia na to.

Ale jakim tytułem? — bylem nieustępliwy.

No jak to jakim? Za zaświadczenie — paniusia była twarda.

Jak niepyszny oddaliłem się pospiesznie do kasy i stanąłem na końcu kolejki. Po jakimś czasie paniusia przyniosła mi na świstku papieru nr konta, na które miałem dokonać wpłaty. Po ok. 10 minutach braku postępów w kolejce, postanowiłem dać szansę paniusi, żeby to załatwiła. Niestety, paniusia znów zaginęła bez śladu i po kilku telefonach poszukiwawczych radosna powróciła na swoje stanowisko zaskoczona moim widokiem.

Już zapłacone? — pyta paniusia z niedowierzaniem.

Nie, postawiłem, że pani się tym zajmie. Jest pani w pracy, ma pani tyle czasu, którego ja nie mam, to może w ramach urozmaicenia nudnych zajęć pani załatwi tę opłatę i da mi ten kwit. Tu jest 50 zł.

Nie, bo to pan musi wpłacić — zżyma się paniusia.

Gdzie tak jest napisane? — udaję ciemniaka.

Bo tak! Przecież nie będzie wiadomo, kto wpłaca — paniusia traci argumenty i wymięka.

Przecież pani wie, kim jestem i komu wydaje to zaświadczenie — nie daję za wygraną.

Ale ja nie mogę — na to paniusia, a ja już mam ją na widelcu.

Skoro pani nie może niczego, to niech pani przyprowadzi tu swojego przełożonego — zaczyna mnie brać cholera.

Paniusia znika i po paru minutach nieobecności wraca sama. Ale za to z jakimś kwitkiem w reku. Bez słowa siada za biurkiem i zaczyna wypełniać druk wpłaty. Pyta mnie, czy chcę wpłacić przelewem lub gotówką. Coś mruknąłem i paniusia pyta mnie o numer konta. Nie pamiętam, bo kto by spamietal 26 cyfr bez żadnego związku. Paniusia samodzielnie go znajduje i wpisuje na druczek. Wypełnia go do końca, bez ponaglania oddala się w sobie tylko znanym kierunku i po chwili wraca ze stempelkiem na kopii dowodu wpłaty/przelewu. Sama wszystko załatwiła. Sama!
Daje mi do podpisu zaświadczenie, po które przyszedłem do banku jakieś 45 minut temu.

Niestety, znajduję błąd i oddaję ten papier paniusi przeczuwając, że to się dziś nie skończy. Skoro przygotowanie tego kwitu zajęło prawie tydzień, to poprawki na pewno nie da sie nanieść od ręki i pewnie będę musiał przyjść znowu za 2-3 dni. Już mnie wstępnie telepie, ale myślę sobie “dajmy jej jeszcze jedną, siedemnastą szansę”.

Paniusia zareagowała niezupełnie zgodnie z moimi oczekiwaniami. Wygrzebała w swoim komputerze to pismo, od razu poprawiła (skutecznie), wydrukowała, postawiła wszystkie, jej zdaniem, niezbędne pieczątki i wręczyła mi dumna, że się udało. Jedno słowo sprawiło, że paniusia zaczęła móc, a przecież przedtem nic nie mogła.
Język mnie świerzbił, żeby powiedzieć jej, że nauczyłem jej dzisiaj bardzo ważnej rzeczy i ta nauka kosztuje wyjątkowo mało, bo tylko 50 zł. A ta nauka brzmi:

Słowo przełożony sprawia, że ci, co nic nie mogli, natychmiast mogą dużo, a nawet prawie wszystko. Wielkie to słowo!

Ale ja nie byłem dumny, ani z niej, ani z siebie. Indolencja, niekompetencja i brak inicjatywy są tak powszechne, że ręce opadają. Wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Cholera mać!

Targowisko próżności - jak wyprawić dziecko do I Komunii św.

Schemat jest prosty jak budowa cepa: ja się nauczę tego katechizmu, odpowiem na te pytania, ale pod warunkiem, że dostanę komórkę (musi być dużo gier, karta pamięci i żeby można było podłączyć do komputera, a potem słuchać mp3), aparat cyfrowy (tylko żeby miał jak najwięcej megapikseli i duży zoom, większy niż będą mieli moi kumple), drukarkę ze skanerem, a najlepiej laptopa. Wiem, wiem, laptop jest drogi, to możecie się zrzucić z kimś i mi kupić.

No i przestańcie mi truć o jakimś przeżyciu duchowym, otwieraniu serca i takich tam. Przeżycia to ja mam, jak przechodzę do następnego etapu wtajemniczenia albo wykoszę konkurencję w Tibii.

Aha, jeszcze jedno. Nie moglibyście pogadać z księdzem, żeby sobie odpuścił ten biały tydzień, bo wyglądam jak duch albo pajac w tym białym worku. Albo mi napiszcie zwolnienie, że skręciłem nogę, jak upadłem z roweru, który dostałem na komunię.

No i szkoda, że przez cały dzień będę musiał siedzieć z tymi wszystkimi wujkami i ciotkami, a nie będziemy mogli z chłopakami sprawdzić, co kto dostał.Podobno za rok znowu jest komunia, tylko już nie trzeba się niczego uczyć. To co, kupicie mi wtedy tego laptopa?

Napisane w Życie. Bez komentarzy

Fotografia: permanentne kłamstwo czy dokument

Fotografujący zasadniczo dzielą się na dwie kategorie: fałszerzy, czyli twórców oraz dokumentalistów, czyli odtwórców. Z tym, że żadna z tych kategorii nie ma znaczenia pejoratywnego, a także każdy, kto fotografuje świadomie, może jednocześnie należeć do obu kategorii.

Czy ten portret jest dokumentem, czy może tylko oszustwem, które sugeruje odbiorcy coś zupełnie innego, niż jest w rzeczywistości?


Adam, chciał zbudować na Kaszubach ceglaną wieżę. (Adam of Ulster; wanted to build a brick tower in Kashubia.)

PS. Unfortunately, he has emigrated back to the UK.

Higiena ciała a higiena psychiczna

Jeżdżąc często podmiejską koleją obserwuję, że związek między tytułowymi higienami jest odwrotnie proporcjonalny. I m bardziej zadbane i wyfiokowane panny i panie, tym bardziej nerwowo próbują poprawiać stan swojej urody lub roztaczanych aromatów. A na drugim krańcu-podobnie, tyle że odwrotnie. Poza tym, im bardziej gorąco i wilgotno w wagonach, tym bardziej obserwacja staje się bezwiedna, ale za to nie bezwonna.

A podobno środki czystości są dostępne, jak nigdy dotąd.

Napisane w Życie. Bez komentarzy