Totalna niemożność kontra magiczne słowo “przełożony”
Teza:
Słowo przełożony jest magiczne i powoduje radykalną zmianę właściwości obiektu, do którego zostało zastosowane.
Dowód (przydługi i może niezupełnie wprost):
Byłem dziś w banku po odbiór kwitka, który nie dość, że miał objętość aż ok. 3/4 strony A4, z czego połowa to puste miejsce i nagłówki, to jeszcze musiałem zapłacić za niego 50 zł. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, bo banki każą sobie płacić za wszystko, nawet za rzeczy, które powinny być ich obowiązkiem.
Miała na mnie czekać paniusia bankowa, która przed moim przyjściem zniknęła i nikt nie wiedział, gdzie się podziewa. Po 10-15 minutach poszukiwań, w końcu się znalazła. I zdziwionym tonem oznajmiła mi, że powinienem był wcześniej zapłacić za ten kwit.
Wcześniej mi pani o tym nie mówiła. Gdzie i komu? — pytam.
Jak to, gdzie? W kasie. — paniusia na to.
Ale jakim tytułem? — bylem nieustępliwy.
No jak to jakim? Za zaświadczenie — paniusia była twarda.
Jak niepyszny oddaliłem się pospiesznie do kasy i stanąłem na końcu kolejki. Po jakimś czasie paniusia przyniosła mi na świstku papieru nr konta, na które miałem dokonać wpłaty. Po ok. 10 minutach braku postępów w kolejce, postanowiłem dać szansę paniusi, żeby to załatwiła. Niestety, paniusia znów zaginęła bez śladu i po kilku telefonach poszukiwawczych radosna powróciła na swoje stanowisko zaskoczona moim widokiem.
Już zapłacone? — pyta paniusia z niedowierzaniem.
Nie, postawiłem, że pani się tym zajmie. Jest pani w pracy, ma pani tyle czasu, którego ja nie mam, to może w ramach urozmaicenia nudnych zajęć pani załatwi tę opłatę i da mi ten kwit. Tu jest 50 zł.
Nie, bo to pan musi wpłacić — zżyma się paniusia.
Gdzie tak jest napisane? — udaję ciemniaka.
Bo tak! Przecież nie będzie wiadomo, kto wpłaca — paniusia traci argumenty i wymięka.
Przecież pani wie, kim jestem i komu wydaje to zaświadczenie — nie daję za wygraną.
Ale ja nie mogę — na to paniusia, a ja już mam ją na widelcu.
Skoro pani nie może niczego, to niech pani przyprowadzi tu swojego przełożonego — zaczyna mnie brać cholera.
Paniusia znika i po paru minutach nieobecności wraca sama. Ale za to z jakimś kwitkiem w reku. Bez słowa siada za biurkiem i zaczyna wypełniać druk wpłaty. Pyta mnie, czy chcę wpłacić przelewem lub gotówką. Coś mruknąłem i paniusia pyta mnie o numer konta. Nie pamiętam, bo kto by spamietal 26 cyfr bez żadnego związku. Paniusia samodzielnie go znajduje i wpisuje na druczek. Wypełnia go do końca, bez ponaglania oddala się w sobie tylko znanym kierunku i po chwili wraca ze stempelkiem na kopii dowodu wpłaty/przelewu. Sama wszystko załatwiła. Sama!
Daje mi do podpisu zaświadczenie, po które przyszedłem do banku jakieś 45 minut temu.
Niestety, znajduję błąd i oddaję ten papier paniusi przeczuwając, że to się dziś nie skończy. Skoro przygotowanie tego kwitu zajęło prawie tydzień, to poprawki na pewno nie da sie nanieść od ręki i pewnie będę musiał przyjść znowu za 2-3 dni. Już mnie wstępnie telepie, ale myślę sobie “dajmy jej jeszcze jedną, siedemnastą szansę”.
Paniusia zareagowała niezupełnie zgodnie z moimi oczekiwaniami. Wygrzebała w swoim komputerze to pismo, od razu poprawiła (skutecznie), wydrukowała, postawiła wszystkie, jej zdaniem, niezbędne pieczątki i wręczyła mi dumna, że się udało. Jedno słowo sprawiło, że paniusia zaczęła móc, a przecież przedtem nic nie mogła.
Język mnie świerzbił, żeby powiedzieć jej, że nauczyłem jej dzisiaj bardzo ważnej rzeczy i ta nauka kosztuje wyjątkowo mało, bo tylko 50 zł. A ta nauka brzmi:
Słowo przełożony sprawia, że ci, co nic nie mogli, natychmiast mogą dużo, a nawet prawie wszystko. Wielkie to słowo!
Ale ja nie byłem dumny, ani z niej, ani z siebie. Indolencja, niekompetencja i brak inicjatywy są tak powszechne, że ręce opadają. Wiek nie ma tu żadnego znaczenia. Cholera mać!


